Wyobraź sobie, że musisz przeprowadzić statek przez wzgórze. Nie masz elektryczności, silników ani nowoczesnych materiałów. Masz wodę, grawitację i jeden pomysł podpatrzony za oceanem, pomysł, który tam nie przetrwał, ale u ciebie działa do dziś. Tak w skrócie wygląda historia Kanału Elbląskiego i jego twórcy, pruskiego inżyniera Georga Jacoba Steenkego.
Problem, którego nikt nie chciał rozwiązać śluzami
Pomysł na kanał zrodził się z potrzeby handlowej. Kupcy z Elbląga, Ostródy, Zalewa i Iławy chcieli sprawnie sprzedawać drewno sosny taborskiej, a Elbląg był wówczas portem morskim z dobrym dostępem do Bałtyku. Brakowało tylko wodnego połączenia z jeziorem Jeziorak leżącym koło Iławy.
Problem był zasadniczy: różnica poziomów między Jeziorakiem a rzeką Elbląg wynosiła sto metrów. Przy tak dużej różnicy wysokości na stosunkowo krótkim odcinku klasyczne śluzy były rozwiązaniem praktycznie bezużytecznym. Szacowano, że do zniwelowania tej różnicy potrzeba by ponad trzydziestu śluz, liczba, przy której każdy racjonalny inwestor odwracał się na pięcie. Połączenie wydawało się nierealne, dopóki nie pojawił się Steenke.
Inżynier z przypadku, który rozumiał wodę
Steenke trafił do tego projektu przez splot życiowych okoliczności. Urodził się jako syn kapitana portu w Piławie, więc od dziecka obracał się w środowisku żeglarskim i morskim. Pierwotnie miał zostać prawnikiem, jednak nagła śmierć ojca, który zginął podczas ratowania angielskiego okrętu, przekreśliła te plany. Został inżynierem i pruskim urzędnikiem. Jako nadzorca wałów i grobli na żuławskich nizinach przez lata uczył się zarządzania wodą w terenie o skomplikowanym ukształtowaniu, co czyniło go oczywistym kandydatem do poprowadzenia tak wymagającego projektu.
To jemu władze powierzyły zadanie zbudowania połączenia między okolicami Iławy a Elblągiem. Autorzy okolicznościowej książki wydanej na 150-lecie budowy kanału, Ryszard Kowalski i Cezary Wawrzyński, ocenili go jako bystrego, sprawnego i rzetelnego fachowca. Nie geniusza-wizjonera, nie rewolucjonistę techniki. Solidnego inżyniera, który wiedział, gdzie szukać rozwiązań.
Podróż do Ameryki: inspiracja, która przeżyła swój pierwowzór
Steenke nie wymyślił pochylni przy biurku. Zanim zdecydował się na to rozwiązanie, wyruszył w podróż poznawczą, między innymi do Stanów Zjednoczonych. Tam działał już wówczas Kanał Morrisa, który również wykorzystywał podobne rozwiązania do transportowania statków na wzgórza.
Tu pojawia się jedna z ciekawszych zagadek tej historii: Kanał Morrisa dziś nie istnieje, nie ma po nim śladu. Kanał Elbląski działa. Co zadecydowało o tej różnicy? Wskazówką może być kluczowa modyfikacja, którą Steenke wprowadził w stosunku do amerykańskiego wzorca: zaprojektował pochylnie w taki sposób, by nie wymagały zewnętrznego napędu. System niezależny od maszyn jest z definicji tańszy w utrzymaniu i nie starzeje się technologicznie tak jak rozwiązania uzależnione od konkretnego typu napędu.
Ci sami autorzy zastrzegli jednak uczciwie, że trudno dziś ocenić, na ile Prusacy byli oryginalni, a na ile ich rysunki i dokumentacja techniczna stanowiły zapożyczenia od Amerykanów. To ważne zastrzeżenie, które warto mieć w głowie, zanim nazwiemy Steenkego po prostu wynalazcą. Był kimś pomiędzy: adaptatorem, który wziął cudzy pomysł, usunął z niego zasadniczą słabość i zbudował coś, co przetrwało swój pierwowzór o więcej niż jedno pokolenie.
Życie po kanale i pamięć o budowniczym
Pozostaje natomiast kanał: to on jest dziś najtrwalszym śladem po Steenkem. Pięć pochylni wciąż działa, a sam kanał stał się jedną z największych atrakcji turystycznych regionu.
Dlaczego ta historia jest warta uwagi dziś
Kanał Elbląski jest dziś jedną z największych atrakcji turystycznych tak zwanych Mazur Zachodnich i przyciąga odwiedzających z całego kraju. Mówi się o nim, że statki pływają tam po trawie, i jest w tym obrazie coś, co trafnie oddaje absurdalną elegancję całego rozwiązania. Steenke nie walczył z grawitacją. Zaprzągł ją do pracy. I to właśnie dlatego jego kanał wciąż działa, podczas gdy Kanał Morrisa, który był jego inspiracją, zniknął bez śladu.
Fot. rysnal / Wikimedia Commons (CC BY-SA 3.0)
