Strona głównaHistoriaArtur Hajzer „Słoń". Ratunek na Dachu Świata

Artur Hajzer „Słoń”. Ratunek na Dachu Świata

Date:

Related stories

Gruzini, Węgrzy i lotnicy z antypodów w Powstaniu Warszawskim – wystawa IPN przywraca zapomniane twarze

Gruzini i Węgrzy walczący przeciwko siłom, po których stronie formalnie stały ich kraje, lotnicy z antypodów ryzykujący życie nad obcym miastem – wystawa IPN „Cudzoziemcy w Powstaniu Warszawskim" przywraca wymiar, którego w powszechnej narracji o 1944 roku zwykle brakuje.

Wrak bombowca z 1944 roku w lesie pod Świnoujściem. Szczątki trzech Brytyjczyków mogą leżeć 600 metrów od Bałtyku

W lesie około 600 metrów od brzegu Bałtyku, w pobliżu Fortu Gerharda w Świnoujściu, odnaleziono fragmenty bombowca z 1944 roku. Służby Wojewody Zachodniopomorskiego uznały miejsce za prawdopodobny grób wojenny trzech brytyjskich lotników. Teren zostanie przeszukany w specjalnym trybie — odpowiedź przyniosą badania archeologiczne.

Kto w Polsce Kazimierza Wielkiego mógł wznieść zamek? Budowla jako przywilej wąskiej elity

Murowany zamek w XIV-wiecznym Królestwie Polskim był dobrem dostępnym dla mniej niż pół procenta ogółu mieszkańców. Wznosił je przede wszystkim król, który w ten sposób spinał sieć administracyjną zjednoczonego państwa. Drugą grupą fundatorów byli nieliczni biskupi działający za królewskim przyzwoleniem, a budowa zamku przez rycerza pozostawała – jak podkreślał Leszek Kajzer – prawdziwym ewenementem. Co ten budowlany monopol monarchów oznaczał dla obronności i centralizacji Królestwa?

Hannibal wygrał bitwę, przegrał wojnę. Strategiczny błąd, który kosztował go wszystko

Pod Kannami Hannibal dokonał jednego z najdoskonalszych manewrów w historii wojen — mniejszą armią rozbił siły ponad półtora raza liczniejsze. A mimo to przegrał wojnę. Dlaczego geniusz taktyczny okazał się strategicznym ślepcem i czego do dziś uczą się z tego generałowie?

Zbrodnia przy Rakowieckiej. Eksterminacja więźniów mokotowskich w pierwszych dniach Powstania Warszawskiego

2 sierpnia 1944 r., dzień po wybuchu Powstania Warszawskiego, niemieccy esesmani przystąpili do masowego mordowania więźniów i okolicznych cywilów na dziedzińcu więzienia mokotowskiego przy Rakowieckiej 37. Skalę zbrodni ujawniła dopiero ekshumacja wiosną 1945 r., która wydobyła z dołów około 700 ciał.

7 lipca to data, która w historii polskiego himalaizmu zapisała się podwójnie. W 1989 roku zakończyła się wówczas jedna z najbardziej dramatycznych akcji ratunkowych w dziejach wspinaczki wysokogórskiej, Artur Hajzer sprowadził z Himalajów jedynego ocalałego z lawiny, która zabiła pięciu jego rodaków. Dokładnie w 2013 roku, tego samego dnia, on sam zginął w Karakorum. Ta symetria dat nie jest tylko symbolem, pokazuje, że Hajzer żył i umierał w górach z pełną świadomością ich ceny.

Najważniejsze:

  • Hajzer przeszedł drogę od harcerskich skałek do ośmiotysięczników, drogę typową dla pokolenia polskich himalaistów lat osiemdziesiątych, którzy stworzyli złotą erę polskiej wspinaczki.
  • Przez lata najtrudniejszym wyzwaniem pozostawała południowa ściana Lhotse, trzy nieudane próby i bliskich, którzy tam zginęli.
  • W 1989 roku zorganizował akcję ratowania Andrzeja Marciniaka, która wymagała przełamania dyplomatycznego impasu na zamkniętej granicy chińskiej.
  • Jako twórca programu Polski Himalaizm Zimowy zostawił instytucjonalne dziedzictwo, które trwa po jego śmierci.
  • Zginął 7 lipca 2013 roku na Gaszerbrumie I; jego ciało spoczęło w lodowej szczelinie poniżej wierzchołka.

Harcerz ze skałek, który wycelował w Dach Świata

Przyszły himalaista przyszedł na świat w czerwcu 1962 roku w Zielonej Górze jako syn Stanisława Hajzera i Heleny z domu Wawrzyczek. Ukończył III Liceum Ogólnokształcące imienia Adama Mickiewicza w Katowicach, a następnie kulturoznawstwo na Uniwersytecie Śląskim. Sala wykładowa pozostawała jednak tłem, nie centrum życia, góry były jego prawdziwym powołaniem od lat nastoletnich.

Wspinanie zaczął w harcerstwie, w skałkach. Przeszedł drogę, którą w tamtym czasie szedł niemal każdy poważny polski wspinacz: stopniowe zdobywanie wiedzy i doświadczenia, szczebel po szczeblu, pasmo po paśmie. W 1978 roku ukończył szkolenia tatrzańskie. Rok później pojechał w Alpy Julijskie, w 1980 roku zmierzył się ze szczytami Spitsbergenu, a w 1981 roku z Pirenejami i Alpami Francuskimi, zdobywając między innymi Mont Blanc. Do Alp wrócił jeszcze w 1984 roku, tym razem próbując sił na Petit Dru słynną drogą amerykańską.

Ta systematyczność odróżniała Hajzera od wspinaczy, którzy po pierwszych sukcesach wyjeżdżali zbyt szybko i zbyt wysoko. On budował fundament.

Himalajski debiut i mur, który nie dał się pokonać

W górach najwyższych Hajzer zadebiutował w 1982 roku, zdobywając szczyt znany dziś jako Daplipangdi-Go, liczący ponad sześć tysięcy metrów. Rok później, z Rafałem Chołdą u boku, stanął na Tiricz Mir, najwyższym szczycie Hindukuszu, leżącym w Pakistanie, przekraczającym siedem i pół tysiąca metrów.

Ale to południowa ściana Lhotse stała się centralnym dramatem pierwszej dekady jego kariery himalajskiej. Trzykrotnie, w 1985, 1987 i 1989 roku, Hajzer próbował ją pokonać. Trzykrotnie bezskutecznie. Sam pisał, że pozostawiła w nim „coś w rodzaju zadry”. To wyznanie mówi wiele: nie frustrację, nie gorycz, lecz właśnie zadrę, coś, czego nie można wyciągnąć, ale co nie paraliżuje.

Południowe urwisko Lhotse uchodziło wówczas za jeden z najtrudniejszych celów w całej dziedzinie wspinaczki wysokogórskiej i zarazem za jedną z najniebezpieczniejszych ścian świata. Jak ujął to Hajzer: „Bardzo szybko okazało się też, iż to jedna z najniebezpieczniejszych ścian świata. Boleśnie przekonali się o tym Polacy”. Dla niego osobiście miało to wymiar dramatycznie konkretny. W 1985 roku na jej stoku zginął Rafał Chołda, partner wspinaczkowy z wyprawy na Tiricz Mir. W 1987 roku, Czesław Jakiel. W 1989 roku, Jerzy Kukuczka, choć na wyprawie innej niż ta Hajzera. Trzy próby, trzej bliscy mu ludzie, trzy śmierci. Żaden inny szczyt nie zabrał tyle z jego bliskiego kręgu.

Partnerstwo z Kukuczką i zimowa Annapurna

Od połowy lat osiemdziesiątych Hajzer regularnie wyjeżdżał w Himalaje i Karakorum, a jego stałym partnerem wspinaczkowym stał się Jerzy Kukuczka, jeden z najwybitniejszych himalaistów swoich czasów, zdobywca Korony Himalajów i Karakorum. Razem tworzyli jeden z najskuteczniejszych duetów w światowej wspinaczce wysokogórskiej tamtej dekady: zdobyli Manaslu nową drogą, Sziszapangmę nową drogą oraz Annapurnę Wschodnią nową drogą.

Szczególne miejsce w tym dorobku zajmuje pierwsze zimowe wejście na Annapurnę, dokonane w 1987 roku. Annapurna zimą to nie tylko kwestia niskiej temperatury, to skrócenie okna pogodowego do kilku dni, praca w warunkach, w których większość wypraw nawet nie wychodziła z bazy. Wejście zimowe na ośmiotysięcznik oznaczało wówczas wkroczenie na niezbadane terytorium, gdzie margines błędu kurczył się niemal do zera. Polacy uczynili z zimowych wejść swoją specjalność właśnie dlatego, że inni narodowi rywale, z nielicznymi wyjątkami, omijali ten styl szerokimi łukiem. Hajzer i Kukuczka poszukiwali dróg, których nikt wcześniej nie przeszedł, często w porze roku, w której nikt wcześniej nie próbował.

Lawina na Lho La: największa tragedia polskiego himalaizmu

Wiosną 1989 roku sześciu polskich wspinaczy podjęło próbę wejścia na Mount Everest. Na przełęczy Lho La zeszła lawina. Jedynym ocalałym był Andrzej Marciniak. W katastrofie zginęli Eugeniusz Chrobak, a wraz z nim czterej kolejni himalaiści: Mirosław Dąsal, Mirosław Gardzielewski, Zygmunt Andrzej Heinrich oraz Wacław Otręba, pięć osób w jednej chwili.

Marciniak stracił gogle i stracił wzrok wskutek śnieżnej ślepoty. Mimo to, częściowo po omacku, zdołał dotrzeć do obozu. Tam, poturbowany i wyczerpany, czekał na pomoc. Jego szanse na przeżycie zależały od tego, czy ktoś dotrze szybko, i czy w ogóle będzie mógł.

Sto godzin: kiedy mecz tenisa decydował o życiu człowieka

Hajzer przebywał wówczas w Katmandu i natychmiast przejął organizację ratunku. Problem był jeden, lecz kluczowy: granica chińska była zamknięta. Ruch studencki na pekińskim placu Tiananmen i napięcia w Tybecie sprawiły, że chińskie władze zablokowały przejście. Oficjalne przekroczenie granicy było niemożliwe.

Czytaj także: Polskie zdrajczynie według Sławomira Kopra – dziewięć kobiet, które historia woli przemilczeć

Hajzer wspominał krótko: „Naprawdę się staraliśmy”. Naciski szły ze wszystkich możliwych ambasad, z amerykańską i radziecką na czele. Bartek Dobroch w biografii Hajzera opisuje, że za kulisami sztabu ratunkowego toczyła się wyrafinowana gra dyplomatyczna, po spotkaniu z Messnerem ambasador włoski umówił się na tenisa z ambasadorem rosyjskim, usiłując w ten sposób przybliżyć wydanie chińskiego zezwolenia na przekroczenie granicy, co oficjalnie pozostawało niemożliwe do załatwienia.

To nie jest anegdota o ekscentrycznym sporcie dyplomatów. To ilustracja mechanizmu, w którym los człowieka leżącego rannym po tamtej stronie granicy zależał od tego, czy dwóch ambasadorów trafi piłeczką przez siatkę i czy przy okazji uda się poruszyć temat, którego żaden z nich nie mógł podnieść oficjalnie. Zimna wojna i himalajska dramatyka przecięły się w jednym punkcie, i nie była to sala konferencyjna, lecz kort tenisowy.

Władze PRL nie pomagały, szykowały się wówczas do czerwcowych wyborów i miały własne priorytety.

Zgodę Chin udało się jednak uzyskać. Po kilkudziesięciogodzinnej podróży na pace ciężarówki i długim marszu dotarli do Marciniaka: Hajzer, dwaj nowozelandzcy wspinacze Rob Hall i Gary Ball oraz Nepalczyk Ang Jangbu, podczas gdy kolejny Nepalczyk oczekiwał przy ciężarówce. Po stu godzinach od wyjazdu z Katmandu cała grupa wróciła do miasta z rannym wspinaczem. Za tę akcję Hajzer otrzymał nagrodę Fair Play Polskiego Komitetu Olimpijskiego za rok 1989.

Nagroda odzwierciedla nie tylko odwagę fizyczną, lecz determinację organizacyjną w warunkach, w których sam system, geopolityczny i administracyjny, był przeszkodą. Gdyby dyplomatyczny impas nie został przełamany, Marciniak czekałby po tamtej stronie granicy, której nikt nie miał prawa przekroczyć.

Przerwa, biznes i powrót po piętnastu latach

W latach dziewięćdziesiątych Hajzer przestał wyjeżdżać w najwyższe góry i zajął się biznesem. Był współwłaścicielem firm ze sprzętem górskim, najpierw Alpinus, potem HiMountain. To nie był zwrot o sto osiemdziesiąt stopni: obydwie firmy działały w ekosystemie górskim, tworząc warunki, w których inni mogli się wspinać lepiej wyposażeni.

Do wysokich gór wrócił w 2005 roku wyprawą na Broad Peak, i zakończył ją ze złamaną nogą. Dla większości byłoby to sygnałem do odwrotu. Dla Hajzera okazało się wstępem: w 2008 roku zdobył Dhaulagiri, w 2010 roku Nanga Parbat, a w 2011 roku Makalu. Powrót po piętnastu latach przerwy, zakończony złamaniem podczas pierwszej wyprawy, a kontynuowany kolejnymi wejściami na ośmiotysięczniki, mówi coś istotnego o tym, jak Hajzer rozumiał ryzyko, nie jako argument za rezygnacją, lecz jako koszt, który można skalkulować i przyjąć.

Był też twórcą i szefem programu Polski Himalaizm Zimowy, instytucjonalnej próby kontynuowania tradycji zimowych wejść na ośmiotysięczniki. Po śmierci Kukuczki i po zmianie epoki polska dominacja w tej dziedzinie zaczęła tracić impet. Program miał tę tradycję nie tylko kultywować, lecz organizacyjnie podtrzymywać: selekcjonować uczestników, przygotowywać wyprawy, budować ciągłość pokoleniową w środowisku, które przez lata działało raczej na zasadzie indywidualnych inicjatyw niż systemowego wsparcia.

Gaszerbrum I: ostatnia góra

7 lipca 2013 roku Artur Hajzer zginął w wyniku upadku Kuluarem Japońskim na Gaszerbrumie I w Karakorum. Jego ciało spoczęło w lodowej szczelinie poniżej wierzchołka tej góry.

Miał pięćdziesiąt jeden lat. Za sobą miał dekady w górach, kilka ośmiotysięczników, jedną z najgłośniejszych akcji ratunkowych w historii polskiej wspinaczki i program, który miał ocalić tradycję. Zginął tak, jak żył, wysoko i w ruchu.

Źródło: Wikimedia Commons (CC BY-SA 3.0)


Subscribe

- Never miss a story with notifications

- Gain full access to our premium content

- Browse free from up to 5 devices at once

Ostatnie

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj