Zima 1944 roku na Wołyniu stawiała polskich konspiratorów przed dylematem, z którym nie musiała się mierzyć żadna inna struktura Armii Krajowej: jak jednocześnie bronić polskiej ludności przed ludobójstwem, bić wycofujących się Niemców i negocjować własne istnienie z nadchodzącą Armią Czerwoną. Odpowiedzią na ten splot okoliczności była 27. Wołyńska Dywizja Piechoty AK, jedna z najbardziej dramatycznych formacji polskiego podziemia.
Najważniejsze:
- 27. Wołyńska Dywizja Piechoty AK powstała w styczniu 1944 r. jako bezpośrednia odpowiedź na wkroczenie Armii Czerwonej na przedwojenne ziemie polskie i uruchomienie akcji „Burza”.
- W ciągu zaledwie dwóch tygodni zorganizowano niemal czterotysięczną jednostkę partyzancką złożoną z dwóch zgrupowań bojowych, tempo wyjątkowe nawet dla regularnych armii w warunkach pokojowych.
- Dywizja stoczyła co najmniej siedemnaście bojów z oddziałami ukraińskiej partyzantki, w zdecydowanej większości zwycięskich, opanowując znaczny obszar zachodniego Wołynia zamieszkały przez kilkanaście tysięcy Polaków.
- Komenda formacji wydała rozkazy zabraniające zabijania ukraińskich kobiet i dzieci, decyzja szczególnie wymowna wobec wcześniejszych ukraińskich rzezi polskiej ludności cywilnej.
Konspiracja wykrwawiona zanim ruszyła do walki
Gdy na przełomie pierwszych dni stycznia 1944 r. oddziały sowieckie dowodzone przez marsz. Iwana Koniewa sforsowały dawną granicę polsko-radziecką w okolicach Rokitna na Wołyniu, miejscowa struktura Armii Krajowej była cieniem tego, czym mogła się stać. Kilkakrotnie rozbijana, najpierw przez aparat sowiecki w latach 1940–1941, potem przez Niemców w roku 1942, straciła wielu wartościowych ludzi oraz znaczną część broni i amunicji.
Jednak to nie te represje zadały konspiracji najdotkliwsze rany. Ludobójcza kampania ukraińskich nacjonalistów i ich zbrojnego ramienia wymierzona w polską ludność pochłonęła ofiary na bezprecedensową skalę: w takich miejscowościach jak Ostrówki napastnicy wycięli w pień całe plutony podziemnych żołnierzy. Wołyńska AK przystępowała do akcji „Burza” poważnie przetrzebiona, z okrojonym uzbrojeniem i nadszarpniętymi strukturami dowodzenia.
Warto to zestawić z sytuacją innych okręgów AK. Dywizje formowane na Kresach Wschodnich, czy to na Wileńszczyźnie, czy w Galicji Wschodniej, napotykały własne przeszkody, lecz żadna nie musiała organizować regularnej jednostki wojskowej w trakcie trwającego ludobójstwa, wymierzonego w tę samą grupę etniczną, z której rekrutowała żołnierzy. To właśnie ów kontekst sprawia, że tempo i skala sformowania 27. Dywizji są tak zdumiewające.
Narodziny dywizji z baz samoobrony
Gdy komendant główny AK gen. Tadeusz Komorowski „Bór” rozkazał uderzać na niemieckie tyły „w miarę naszych sił i interesów państwowych”, Komendant Okręgu AK Wołyń przystąpił do mobilizacji dwóch najsilniejszych, które zdołały przetrwać, inspektoratów Łuck i Kowel. Zadanie formowania regularnych pododdziałów z rozproszonych placówek partyzanckich i obrońców umocnionych wiosek okazało się jednak znacznie trudniejsze niż wyglądało na papierze.
Żołnierze obsadzający bazy samoobrony byli dosłownie gwarancją życia dla dziesiątek tysięcy polskich cywilów szukających schronienia przed ukraińską partyzantką. Ich odejście oznaczało dla mieszkańców wsi odsłonięcie na ataki. Nie dziwi zatem, że reakcja części ludności była pełna niedowierzania i rozgoryczenia. Tak znacząca była pozycja Henryka Cybulskiego „Harry’ego”, dowódcy obrony Przebraża, że mieszkańcy zdecydowali się zatrzymać go w nieformalnym areszcie domowym, byleby tylko nie wyruszył z ufortyfikowanego obozu.
Mimo tych oporów wysiłek organizacyjny przyniósł efekt, który mógłby imponować nawet sztabom regularnych armii: w ciągu zaledwie dwóch tygodni powołano do istnienia niemal czterotysięczną jednostkę partyzancką, złożoną z dwóch zgrupowań bojowych ochrzczonych kryptonimami „Gromada” i „Osnowa”. Zgodnie z Planem Odtwarzania Sił Zbrojnych w Kraju przyjęła ona nazwę 27. Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK, a numery jej pododdziałów świadomie nawiązywały do pułków istniejących przed wrześniem 1939 r. W jej szeregi weszły pułki piechoty, cztery z nich, oraz dwa pułki ułanów, uzupełnione przez służby tyłowe, saperów i skromną artylerię.
Skala formacji: co liczby mówią o wyjątkowości tej dywizji
| Wskaźnik | Wartość | Kontekst i znaczenie |
|---|---|---|
| Czas sformowania pierwszego trzonu | ok. dwóch tygodni | Regularne armie potrzebują miesięcy na zmobilizowanie jednostki tej wielkości nawet w warunkach pokojowych; tutaj dokonano tego w trakcie aktywnych działań zbrojnych na trzech frontach jednocześnie |
| Stan osobowy na starcie | ok. 4 tys. żołnierzy | Rekrutacja odbywała się spośród rozbitych placówek konspiracyjnych i obrońców wiosek, ludzi bez jednolitego szkolenia, wyposażenia i doświadczenia w regularnej walce |
| Stan osobowy po kilku tygodniach walk | ponad 7 tys. żołnierzy | Niemal podwojenie stanu w tak krótkim czasie świadczy o tym, że mobilizacja trwała bez przerwy nawet podczas pierwszych bitew |
| Pierwotny cel KG AK dla Wołynia | ok. 30 tys. żołnierzy (cały korpus) | Różnica między planem a wykonaniem to miernik skali zniszczeń, jakie wcześniejsze represje i ludobójstwo zadały miejscowej konspiracji |
| Boje z ukraińską partyzantką | co najmniej 17, w większości zwycięskich | Wyraźna przewaga polskiej strony przy zastosowaniu regularnej taktyki zamiast dotychczasowej obrony biernej |
| Polska ludność cywilna na obszarze operacji | ok. 15 tys. osób | Bezpośredni beneficjenci oczyszczenia terenu; dla tej grupy sukcesy militarne dywizji były kwestią przeżycia |
| Byli policjanci z batalionu w Maciejowie | 450 żołnierzy | Doświadczeni wojskowo, porzucili niemiecką służbę i złożyli przysięgę AK, istotne wzmocnienie jakościowe, nie tylko liczebne |
Zestawienie planu z rzeczywistością mówi samo za siebie: zamiast trzydziestotysięcznego korpusu powstała dywizja kilkukrotnie mniejsza. A mimo to stała się ona jedną z najliczniejszych partyzanckich formacji Armii Krajowej w tym okresie wojny, co pokazuje, jak głęboko wcześniejsze represje zniszczyły potencjał mobilizacyjny całego regionu.
Dowódcy i pierwsza próba sił
Na czele formującej się dywizji stanął początkowo Kazimierz Bąbiński „Luboń”, który trafnie ocenił, że przed przystąpieniem do walki z Niemcami trzeba najpierw zabezpieczyć zaplecze: oczyścić okoliczne wsie z oddziałów ukraińskiej partyzantki i siatek nacjonalistycznych. Zdążył sformować jednostkę, lecz nie dane mu było poprowadzić jej do większych starć, na początku lutego 1944 r. został odwołany ze stanowiska, a dowództwo przejął przysłany z Warszawy mjr Jan Wojciech Kiwerski „Oliwa”.
Zmiana dowódcy po zaledwie kilku tygodniach od sformowania dywizji budzi pytanie, które źródło pozostawia bez wyczerpującej odpowiedzi: czy była to decyzja merytoryczna, polityczna, czy efekt tarć między lokalnym dowództwem a Komendą Główną? Niezależnie od przyczyn, przejście dowodzenia w ręce oficera przysłanego z centrum mogło oznaczać chęć Warszawy do ściślejszej kontroli nad operacjami na Wołyniu w newralgicznym momencie, tuż przed spodziewanym zderzeniem z sowiecką machiną polityczną.
Walka z ukraińską partyzantką: zwycięstwa i granica, której nie przekroczono
Pierwszym wojskowym zadaniem formującej się dywizji nie był atak na Niemców, lecz wyparcie ukraińskiej partyzantki z obszaru uznanego za bazę powstańczą. Oddziały, które wkrótce weszły w skład 27. Wołyńskiej, stoczyły na początku 1944 r. co najmniej siedemnaście bojów z ukraińskimi formacjami zbrojnymi, a zdecydowana większość z nich zakończyła się polskim sukcesem. Siły ukraińskie zostały rozbite lub zmuszone do odwrotu, a obszar między Kowlem, Włodzimierzem Wołyńskim, Lubomlem i linią Bugu, zamieszkały przez kilkanaście tysięcy Polaków, znalazł się pod kontrolą AK.
Na tym tle jeden rozkaz wyróżnia się szczególnie: komenda dywizji zakazała zabijania ukraińskich kobiet i dzieci, explicite odcinając się od taktyki, którą stosowała strona przeciwna. Warto się przy tym zatrzymać. Polscy żołnierze byli reprezentantami społeczności, która sama padła ofiarą masowych mordów na cywilach. Wołyńska rzeź trwała. Emocje musiały być skrajne. Czy ten rozkaz był przede wszystkim decyzją etyczną, zakorzenioną w rozumieniu prawa wojennego, czy może strategiczną, ukierunkowaną na budowanie politycznego wizerunku AK jako siły zdyscyplinowanej i godnej reprezentowania Polski na arenie międzynarodowej? Źródło nie rozstrzyga tej kwestii wprost, ale samo zestawienie faktów, ludobójstwo z jednej strony, rozkaz oszczędzający cywilów z drugiej, mówi wiele o tym, jak wołyńskie dowództwo AK rozumiało granicę między walką zbrojną a zbrodnią.
Taka dyscyplina wobec ludności cywilnej przeciwnika nie była w warunkach partyzanckich oczywista. Świadczy to albo o wyjątkowo silnej strukturze dowodzenia, albo o świadomym wyborze etycznym na poziomie całej formacji, albo o obu tych rzeczach naraz.
Walka z Niemcami: co udało się osiągnąć w pierwszych miesiącach
Równolegle z działaniami przeciwko ukraińskiej partyzantce dywizja podjęła otwartą walkę z Niemcami. Pierwsza zwycięska potyczka miała miejsce już w połowie stycznia 1944 r., a kolejne tygodnie przyniosły starcia z różnorodnymi formacjami wroga: z pułkiem strzelców krajowych, ze zbiorczym pułkiem kawalerii Waffen-SS, a także z regularnymi dywizjami piechoty i jednostką pancerną Niemiec. Skala przeciwników, z jakimi mierzyła się dywizja, pokazuje, że nie chodziło o potyczki z posterunkami, lecz o walkę z poważnymi siłami wojskowymi.
W drugiej połowie marca 1944 r. żołnierze 27. Dywizji wzięli do niewoli ponad trzystu żołnierzy niemieckich, zdobywając kilkadziesiąt karabinów maszynowych, setki karabinów ręcznych i armatę przeciwpancerną. Część schwytanych wymieniono na Polaków przetrzymywanych we włodzimierskim więzieniu, dowód na to, że dywizja prowadziła nie tylko działania militarne, ale i doraźną politykę humanitarną wobec własnych cywilów.
Dywizję wzmocniło też przejście na jej stronę blisko pięciuset byłych policjantów ze 107. Batalionu Policji z Maciejowa, którzy porzucili służbę u Niemców, złożyli przysięgę i wstąpili w szeregi akowców. Była to wyjątkowa sytuacja: ludzie dotąd działający w strukturach kolaboracyjnych stawali się pełnoprawnymi żołnierzami polskiego podziemia.
Współpraca z Armią Czerwoną: po co AK grała na czas
Akcja „Burza” zakładała, że oddziały AK będą współdziałać z nacierającą Armią Czerwoną, ujawniając się jako gospodarz wyzwalanego terenu. Na Wołyniu miało to konkretny wymiar operacyjny: dywizja uczestniczyła we współdziałaniu z czerwonoarmistami przy przecinaniu szlaku łączącego wojska niemieckie między Kowlem a Włodzimierzem Wołyńskim. Był to namacalny efekt militarny, który Sowieci mogli docenić.
Jednak AK doskonale rozumiała asymetrię tej relacji. Moskwa nie zamierzała uznawać polskiej zwierzchności nad Wołyniem, przekroczenie dawnej granicy przez Armię Czerwoną oznaczało w praktyce wkroczenie na ziemie, które ZSRR uważał za własne. Polska dywizja mogła walczyć u boku Sowietów, ale nie mogła liczyć na to, że zostanie przez nich potraktowana jak sojusznik z prawdziwego zdarzenia. Współdziałanie taktyczne i uznanie polityczne to dwie zupełnie różne rzeczy.
W tym świetle strategia AK na Wołyniu jawi się jako gra na czas i na wizerunek: demonstrowanie gotowości bojowej, skuteczności militarnej i zdolności do sprawowania realnej władzy nad terenem, po to, by w ewentualnych rozmowach dyplomatycznych mieć argumenty inne niż papierowe deklaracje. Czy ta strategia miała szanse powodzenia wobec sowieckiej determinacji, to już inne pytanie, i pytanie, na które pierwsze miesiące walk na Wołyniu nie dawały jeszcze odpowiedzi.
Najczęściej zadawane pytania
Dlaczego zmieniono dowódcę dywizji już po kilku tygodniach od jej sformowania?
Kazimierz Bąbiński „Luboń” sformował dywizję i opracował strategię oczyszczania zaplecza z ukraińskiej partyzantki, lecz na początku lutego 1944 r. został odwołany, a jego miejsce zajął oficer przysłany bezpośrednio z Warszawy. Źródło nie wyjaśnia szczegółowych powodów tej decyzji, jednak zmiana ta mogła odzwierciedlać dążenie Komendy Głównej AK do bezpośredniejszej kontroli nad operacjami w tak newralgicznym politycznie momencie.
Jaką rolę odgrywały bazy samoobrony w tworzeniu dywizji i dlaczego ich mieszkańcy sprzeciwiali się odejściu obrońców?
Bazy samoobrony to umocnione wioski, w których schroniły się dziesiątki tysięcy polskich cywilów szukających ochrony przed ukraińską partyzantką. Żołnierze obsadzający te bazy byli dosłownie gwarancją życia ich mieszkańców. Gdy dowódcy zaczęli ściągać te oddziały do formującej się dywizji, część ludności reagowała niedowierzaniem i oporem, doszło nawet do nieformalnego zatrzymania jednego z dowódców, by nie opuścił ufortyfikowanego obozu. Bazy samoobrony stały się zatem zarówno głównym rezerwuarem rekrutacyjnym dywizji, jak i źródłem bolesnego dylematu między potrzebą tworzenia regularnej siły zbrojnej a obowiązkiem ochrony cywilów.
Dlaczego AK zakazała zabijania ukraińskich kobiet i dzieci, skoro sama reprezentowała ludność ofiar ludobójstwa?
Komenda 27. Dywizji wydała wyraźne rozkazy chroniące ukraińskich cywilów, wyraźnie odcinając się od taktyki ukraińskiej partyzantki. Decyzja ta mogła wynikać zarówno z etycznego rozumienia prawa wojennego, jak i z kalkulacji politycznej, AK budowała wizerunek zdyscyplinowanej siły zdolnej do sprawowania władzy i respektowania norm cywilizowanych, co miało znaczenie w kontekście oczekiwanych rozmów o przyszłości Wołynia. Obie motywacje mogły współistnieć.
Czy ambitne plany sformowania całego korpusu wołyńskiego były w ogóle realistyczne?
Komenda Główna AK liczyła pierwotnie na sformowanie na Wołyniu formacji liczącej kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy. Rzeczywistość okazała się zupełnie inna: wieloletnie represje sowieckie, niemieckie i ludobójstwo ukraińskich nacjonalistów tak dogłębnie zniszczyły struktury konspiracyjne, że zamiast planowanego korpusu powstała dywizja kilkukrotnie mniejsza. I tak była ona jedną z najliczniejszych partyzanckich formacji AK, co najlepiej świadczy o skali zniszczeń, jakich doznał wołyński ruch oporu przed początkiem 1944 r.
Fot. Nieznany Unknown author / Wikimedia Commons (Public domain)
